Podróże bliższe i dalsze
Leave a comment

Jurata, czyli nasze polskie cudne Malediwy

Zawsze uważałam, że Polska ma przecudowne tereny i gdyby nie to, że pogoda jest taka niepewna mielibyśmy tu nawał turystów z zagranicy. Ostatnio odkryłam najbardziej rajski jej zakątek, jakim jest Jurata. Malutka, piękna, klimatyczna, bardzo przytulna, taki mały kawałek raju – tak to chyba najlepsze określenia opisujące to cudowne miejsce.

Oczywiście byłam już wcześniej na półwyspie helskim, ale zawsze na jeden dzień i wizyta ograniczała się do Helu, który nie można zaprzeczyć jest bardzo fajny, ale dla mnie Jurata bije go na głowę. Dla niewtajemniczonych – półwysep helski to pas ziemi otoczony z obu stron wodą – z jednej strony jest to zatoka, a z drugiej otwarte morze. Jurata znajduje się w bardzo wąskiej części tego półwyspu – tak wąskim, że stojąc w jednym określonym miejscu widzimy jednocześnie zatokę z jednej strony a otwarte morze z drugiej!

To czym dla mnie zdecydowanie się wyróżnia jest to, że nie ma w niej często towarzyszącego nadmorskim miejscowościom … kiczu. Brak jest deptaków pełnych chińskich szczekających piesków, wszechobecnych świecących zabawek psujących się po kilku użyciach, pijanych grup, czy smażalni ryb, których dym przesiąka ubrania. Jest za to kilka przyjemnych sklepików, urokliwych kawiarni (bardzo polecam Elite Cafe na głównym deptaku, tak ją polubiliśmy, że bywaliśmy tam dwa razy dziennie 😉 ) i restauracji, a nawet smażalnia ryb wygląda jak klimatyczna knajpka – pełna bieli i niebieskich akcentów. A na końcu głównego deptaka od strony zatoki znajdziemy przepiękne molo, które ma w sobie taki urok, jakiego chyba nigdy nie poczułam na tym sopockim (które uwielbiam). Cisza, spokój, podziwianie zachodu słońca, pyszne gofry i wino w kawiarni – tak ja odczułam klimat Juraty.

Nawet oferowane tam noclegi to same urokliwe, nowoczesne miejsca. Postanowiliśmy na ten wyjazd trochę zaszaleć i zdecydowaliśmy się na apartament Marea-Nereus z oferty Blue Apart i było (rzadko używam tego słowa, ale teraz po prostu muszę :)) mega. Budynek biały nowoczesny nad samą zatoką, z własnym wyjściem na deptak zatoki, bardzo blisko mola. Od lat marzył mi się wyjazd na kilka dni na półwysep w takim otoczeniu i nie mogę uwierzyć, że tak późno to marzenie zrealizowałam. Jeden niestety minus Juraty – jest dość droga. Zarówno noclegi jak i ceny w knajpkach powodują, że na dłuższy urlop tam można wydać małą fortunę, ale na kilka dni naprawdę warto :).

Ale dość o samej Juracie, bo po pierwszym rewelacyjnym wrażeniu najlepsze miało dopiero nadejść. Drugiego dnia rano zrobiliśmy sobie krótki bieg po okolicznych lasach i jako, że dzień zapowiadał się słonecznie postanowiliśmy na piechotę przejść plażą z Juraty na Hel. Jest to całkiem spory kawałek, bo ponad 10 km, ale uwielbiamy spacery, a na ten trzeba się wybrać koniecznie! Jest to po prostu kawałek raju! Naprawdę nie trzeba daleko jechać, żeby znaleźć się w tak przepięknym miejscu, że aż człowiekowi serducho rośnie ze szczęścia ;). Cudowne białe plaże, wydmy, czysta woda, delikatne fale i … praktycznie zero ludzi! Taki dziewiczy kawałek zarezerwowany tylko dla tych, którzy zdecydują się na tak długi spacer :). Pomiędzy Juratą a Helem nie ma żadnych miejscowości, więc nie ma tam oficjalnych wejść na plażę, a przez prawie 10 km spotkaliśmy może 4 osoby (byliśmy tam pod koniec maja). Siadając na plaży jak okiem sięgnąć widać było tylko dziewiczą naturę, a słychać tylko szum morza. Nie mogę uwierzyć, że tak późno trafiłam na to miejsce i na pewno nie raz tam wrócę i powtórzę ten spacer.

A po dojściu na Hel można zregenerować siły, bo knajpek jest tam od groma i można przebierać do woli (po takim długim spacerze to nawet lody albo gofry można zjeść bez wyrzutów ;)).

Nawet teraz pisząc post jestem w stanie poczuć klimat tamtego wyjazdu i za nim zatęsknić. Ach Jurato – jeszcze się na pewno zobaczymy! 😉

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *