Życie i cała reszta
Leave a comment

Budżet fuck’ów, czyli zarządzanie swoim czasem, energią i pieniędzmi

Czuliście kiedyś, że Wasz czas, czy pieniądze przeznaczacie nie na to, na co powinniście? Że robicie rzeczy, na które wcale nie macie ochoty, ale po prostu głupio Wam powiedzieć „NIE”? Że kupujecie rzeczy zbędne? No cóż, ja tak mam. Wiem, że wszelkiego typu planery, listy zadań, minimalizm obecnie są super popularne, jednak mi mimo wszystko często czas się rozmywa, kasa rozchodzi, a zadań nie ubywa. Próbuję to zmienić, a filmik z TEDx, na który ostatnio trafiłam (TED to inspirujące przemowy ciekawych ludzi) w fajny sposób opisuje, jak ważne jest, żeby nasz budżet fucków, czyli ilość czasu, energii i pieniędzy, które mamy do zagospodarowania lokować tam, gdzie jest to dla nas najważniejsze.

Każdego dnia, miesiąca czy roku mamy do zagospodarowania jakiś określony budżet fuck’ów. I tu wielkie objawienie: jeśli wykorzystamy go na coś co nie jest dla nas ważne, zabraknie go na to co ważne jest. Proste w teorii, w praktyce już niekoniecznie. Dlaczego? Według mnie najważniejsza przyczyna to:

Brak celów i terminu ich wykonania – jeśli w głowie nie mamy celu i terminu, w którym chcemy go wykonać trudno powiedzieć sobie co jest dla nas w danym momencie najważniejsze i  gdzie te fuck’i lokować.

I to wyjaśnienie można zastosować do wszystkiego:

Miałaś ciężki dzień w pracy, więc żeby to sobie „wynagrodzić” idziesz na zakupy, wydajesz kupę kasy na kompletnie zbędne rzeczy, z których połowy nie założysz, albo będą Ci tylko zagracać mieszkanie (a marzy Ci się podróż w tropiki, o której myślisz od kilku lat, a na którą nawet nie odkładasz, bo wyjazd wydaje Ci się nierealny)

Wracasz zmęczona wieczorem i uruchamiasz Netflix, gdzie z automatu lecą pod rząd 3 odcinki serialu, który oglądasz po raz enty i wcale nie jest to dla Ciebie super relaksem, po prostu to najłatwiejsza opcja, bo nie chce Ci się myśleć nad niczym innym (a tak bardzo chciałabyś nauczyć się obróbki zdjęć/przeczytać książkę, która leży na półce od świąt/przeczyścić swoją szafę z ubrań, których już nie nosisz)

Budzi Cię rano budzik, bo chciałaś iść pobiegać przed pracą, ale tak strasznie nie chce Ci się wstawać, bo jest tak ciepło pod kołdrą, więc odwracasz się na drugi bok i budzisz się totalnie spóźniona (a od lat marzysz, żeby zacząć regularnie ćwiczyć/zgubić kilka kilogramów/wyrzeźbić sylwetkę)

Działa to też w drugą stronę:

Jesteś tak nakręcona na sylwetkę „bikini”, że codziennie wstajesz przed czasem, nie wysypiasz się, ćwiczenia przestają być czymś co daje Ci satysfakcję i przypływ endorfin, a są przykrym obowiązkiem, bo tak bardzo marzyłoby Ci się chociaż raz zakopać pod kołdrą i po prostu wyspać.

Tak bardzo jesteś nastawiona na rozwój osobisty, że w każdej wolnej chwili czytasz książki motywacyjne, dokształcające, chodzisz na okrągło na dodatkowe kursy, które zajmują Ci cały czas po pracy, a których masz już totalnie dość, a marzy Ci się po prostu przeczytanie przy kawie ulubionej gazety od deski do deski.

Także nie chodzi tu o to, że oglądanie seriali, przewrócenie się w łóżku na drugi bok i spanie dalej, czy kupienie czegoś niezaplanowanego jest czymś złym, stratą czasu, energii czy pieniędzy – absolutnie nie! Jeśli to jest coś co sprawia nam frajdę, czujemy, że to jest to czego potrzebujemy to jest to jak najbardziej ok. I tylko my sami będziemy czuć gdzie przebiega granica, pomiędzy tym co jest dla nas ważne i potrzebne, a co jest stratą w naszym budżecie fuck’ów.

Ja ostatnio miałam często wrażenie, że to co robię nie przybliża mnie do moich celów. Nie byłam ani zrelaksowana oglądaniem codziennie wieczorami netflixa (więc nie było to to czego potrzebowałam, ale wiadomo że była to najłatwiejsza opcja na czas wolny, kiedy człowiek jest zmęczony) i zaczęłam czuć, że czas leci, samo się nic nie zrobi, a mam przecież z tyłu głowy masę rzeczy, które chciałabym zrobić. Wydaje mi się, że „Brak czasu”, czyli najlepsza wymówka świata jest prawdziwa tylko w ograniczonej ilości przypadków, reszta to po prostu złe rozlokowanie tego czasu.

Ale dość już moich wywodów, ja zabieram się za rozplanowanie w czasie moich celów, a Wam zostawiam film na YouTube, o którym wspominałam na początku. Ma tytuł „The Magic of Not Giving a Fuck” – chwytliwe ;).  Film przedstawia budżet fuck’ów głównie w kontekście rzeczy, których nie chcemy robić, a po prostu głupio nam odmówić, ale to podejście można zastosować do wszystkiego: pracy, odpoczynku, aktywności fizycznej, leniuchowania, czy planowania dnia.

Enjoy!

„The Magic of Not Giving a Fuck”

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *